Historia przerywająca ciągłość życia mieszkańca Europy Środkowej, jest jednym z tych impulsów, które leżą u podłoża narodzin narracji autobiograficznej tak charakterystycznej dla literatury tego obszaru geograficznego. Kim jestem? - to przeklęte pytanie zdaje się nie opuszczać ludzi urodzonych gdzieś między Wiedniem, Pragą a Lwowem. Odpowiedzi są różne, tak jak różne są temperamenty. Wysłuchajmy spowiedzi Hrabala, wejrzyjmy w nędzę świata w którym ten, kto nie potrafi z siebie robić idioty jest zgubiony:
Nigdy, nawet we śnie, nie przyszła mi do głowy chęć zmieniana wydarzeń politycznych, których byłem świadkiem. Nigdy nie życzyłem sobie zmieniać ani języka, ani świata, gdy cytowałem Marksa, gdy cytowałem Rimbauda, gdy cytowałem Mallarmego, wtedy zawsze chciałem zmienić sam siebie, tego, którego miałem na wyciągnięcie ręki, siebie samego. Dlatego uważam się za świadka, a nie za wyrzut sumienia epoki, do tego nigdy nie czułem się powołany, ponieważ od dzieciństwa przepełniał mnie podziw wobec rzeczywistości, której nie stworzyłem, która istniała wcześniej niż ja - ten, który nie pragnął niczego więcej niż pokazać jej odbicie, bo tyle piękna miały dla mnie nawet najstraszniejsze wydarzenia. Zawsze pozostawałem tym waletem dzwonkowym, który spaceruje w słońcu z dzwoneczkiem w ręce; ta pozornie błazeńska maska towarzyszy mi do dzisiaj. Zawsze czułem się zaszczycony tym, że jako opowiadacz byłem świadkiem drugiej wojny światowej, nie wierzyłem wprost własnym oczom, tak wstrząsające były wydarzenia. Tak samo, kiedy wojna już się skończyła, widziałem wokół siebie i w sobie tyle pięknej grozy i uczestniczyłem w tylu cierpieniach z miłości, że do dziś źle sypiam, ponieważ to moje pozornie zwykłe życie jest samo w sobie dramatyczne. Jestem więc dumny, że żyję z narodem, w którego zalety powątpiewam tak samo, jak we własne morale, jestem właściwie trochę bluźniercą, jestem kacerzem w stosunku do wszystkiego, co ten naród w idealnym wyobrażeniu wyznaje, w co wierzy, co ma nawet wypisane na sztandarach; wątpię w to, że „Prawda zwycięży”, wątpię w to, że jesteśmy narodem, który chce prawdy i w nią wierzy, choć nie zaprzeczam wielkości tych, którzy o prawdę walczyli, drogo za nią płacąc, jak mistrz Jan Hus, jak Jirzi z Podjebradów, jak wreszcie profesor Masaryk. Teraz żyję w ograniczonej suwerenności, jak tę naszą prawdę wyjaśnił Breżniew, i wcale mi to zdanie nie przeszkadza, tak jak nie przeszkadza mi, że „Prawda zwycięży”. Żyję dokładnie tak, jak żyłem i jak bym żył, gdyby na Zamku rezydował pan gubernator dynastii habsburskiej. Mam tyle kłopotów, aby samego siebie ukształtować, tyle kłopotów z moimi bliźnimi, że nie starcza mi czasu na jakąkolwiek zmianę wydarzeń politycznych; nie wiem nawet, o czym mówią ci, którzy takich zmian pragną, bo ja chciałbym tylko zmienić samego siebie, chciałbym sprawić, abym sięgnął niebios, gdzie mógłbym powiedzieć: jestem taki, jaki jestem... Jestem tylko własnym wyrzutem sumienia, na razie. O tym, co mi się przytrafiło, zawsze myślałem, że przytrafia się tylko mnie, dlatego to zażenowanie, dlatego wstyd, dlatego to, co zaczynałem pisać i napisałem, pokazywałem udając zawsze, że napisał to ktoś inny, bo tak mnie wprawiały w zakłopotanie moje pierwsze teksty, tak bardzo się za nie wstydziłem. Dopiero później, kiedy ruszyłem w świat, kiedy nauczyłem się przedstawiać siebie samego innym, kiedy w knajpie zaczynałem się cieszyć, że to, co zdarzyło się tylko mnie, zdarza się również innym, zaczynałem nabierać odwagi, że jednak nie jestem osamotniony. I gdy tak przez wiele lat wysłuchiwałem innych, zrozumiałem, że te moje najskrytsze tajemnice, te moje największe grubiaństwa, moje największe osamotnienia i najdelikatniejsze intymności nie są wyłącznie prywatną tajną chorobą, ale że to wszystko przytrafia się także innym, nawet częściej niż mnie, z większą intensywnością, z większym ładunkiem oscylując w całych grupach ludzi, i zacząłem traktować to, co zdarzyło się innym, jakby zdarzyło się mnie samemu, a nawet bardziej się cieszyłem, kiedy to, co zdarzyło się innym, zdarzyło się także mnie, więc chętniej uznawałem za swoje to, co spotykało innych. I tak jakoś dzięki innym ludziom się umocniłem, tak jakoś nabrałem odwagi do wchodzenia na cienki lód, na sufit, który groził zawaleniem duszy; dodawałem sobie odwagi, aby z kolei to, o czym myślałem, że jest tylko moje, odnaleźć w knajpach i przekonać się, że przytrafia się także innym. Moje knajpy nie były nigdy jakimś biurem, jakimś konfesjonałem, nie chodziłem tam wyłącznie wypytywać, ale tylko aby tam sobie siedzieć i żeby się nie gwałcić, żeby nie zaczynać jak reporter, jak badacz opinii publicznej; tak sobie siedziałem i piłem, i słuchałem, i czekałem, nie celowo, ale nagłe, kiedy ktoś pod wpływem chwili zaczynał sam, jak ja, kiedy nie chciałem, lecz musiałem zasiąść przy maszynie do pisania, więc gdy ten ktoś inny zaczynał opowiadać o tym, co mogłoby się wydać aspołeczne, co mogłoby się wydać niesmaczne, bo bliskie jest zbrodni, występku... w takich chwilach w knajpie miałem uczucie, że mówię sam do siebie, że rozmawiam ze sobą, że przemawia do mnie mój publiczny oskarżyciel i jednocześnie spowiednik, że wszystko, o czym myślałem, iż przytrafiło się tylko mnie, jest powszechne, że nawet ten opowiadacz i oskarżyciel jakby przyszedł tylko po to, jakby narodził się tylko po to, aby pomóc mi nieść te moje aberracje, moje osobliwości, moje najtajniejsze marzenia i zwyrodnienia... Staram się dotrzeć do głębin mej świadomości w taki sposób, że spycham ją w podświadomość i dopiero wtedy próbuję oświetlić minione życie jasną świadomością, aby samego siebie zbawić, aby tym wyjaśnieniem samego siebie leczyć, aby się powoli goić. Moja literatura, a więc i moje teksty, nie są niczym innym, jak poszukiwaniem mego straconego czasu; jestem tym poszukiwaniem przytłoczony, ale jednocześnie bawię się nim, dlatego taką wagę przykładam do zabawności moich tekstów, do bawienia samego siebie trudnościami takiego poszukiwania. Uważam, że wszystkie moje zahamowania nie są celowe, nie staram się pisać tego, co wiem, ale usiłuję dotrzeć do tego, czego jeszcze nie wiem. Robię więc nie tyle to, co chcę, lecz to, czego nie chcę; wiem, że należy szczać pod wiatr, że trzeba płonąć tym, czego nie można ugasić. Stoję sam przed własnym sądem, a ten mój wewnętrzny sąd jest wielkimprzesłuchaniem, jest to jednocześnie oskarżenie i obrona, ja zaś jestem dla siebie prokuratorem i adwokatem. Ten mój sposób pisania niesie ze sobą bardzo często krzyżowanie się równoległych, wskakiwanie samemu sobie w słowo, ponieważ mechaniczną drogą nie da się iść naprzód, a tylko drogą przerywanego monologu wewnętrznego, tylko drogą ingerencji wydarzeń z zewnątrz. W ten sposób moje teksty stają się drogą, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na następny rok; więc ad infinitum, ale by utrzymać siebie w twórczym napięciu aż do chwili, gdy przyjdzie wreszcie ostatnia godzina, w której może zobaczę to moje konto, moją hipotekę, ten mój rachunek z gigantycznej knajpy, jaką jest dla mnie świat. Na razie robię rachunki bez kelnera, na razie wiem jedynie, że żyję na kredyt, że wszystkie moje wydatki są zapisane na futrynie otwartych drzwi, przez które widzę ten zadziwiająco piękny świat, z którego wypisuję tylko to, co kiedyś będzie dla mnie okolicznością łagodzącą, chociaż dobrze wiem, że tylko sobie wmawiam, iż to, o czym myślę, mogłoby złagodzić moją winę za fakt, że żyję: to wszystko raczej mnie obciąży, raczej pogrąży, sprawi, że uznany zostanę za totalnie winnego... Moje teksty są dla mnie na razie karą za to, że miotam się pomiędzy zbrodnią a nienawiścią, że odkładam definitywne rozliczenie i wyrok, że trochę stałem się tym, kim zawsze pragnąłem być, poetą przeklętym. Dopiero teraz, gdy boję się samego siebie, gdy wzywam na mój sąd to, co leży głęboko w mojej nieświadomości, teraz, uświadamiając sobie moją przeszłość, sam nad sobą załamuję ręce, sam sobie mogę udzielić rozgrzeszenia, więc jestem przynajmniej odważny dzięki temu, że podtrzymuję tekstem i w tekście poczucie własnej winy. A przy tym się drżąco uśmiecham. To jest mój wisielczy humor... ta moja praska ironia.
B. Hrabal, Kim jestem, w: Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, oprac. J. Baluch, Kr. 2001, s. 3-6.