poniedziałek, 29 czerwca 2009

Tanner Lectures on Human Values

Wszystkich oczekujących na kolejną blogonotkę (i odpowiedzi na mejle) proszę o odrobinę cierpliwości. Moja nieobecność jest spowodowana drobnymi problemami ze sprzętem. Najpierw w Czarny Piątek padł zasilacz, potem rozsypał się linux, a zaraz za nim również windows (z powodu - jak się wydaje - jakichś problemów z plikiem boot na dysku komputera). Wrócę jak tylko odgruzuję blaszaka.

Tymczasem - osobom znającym angielski - chciałbym podsunąć stronkę Universytetu w Utah ze sporym zbiorem wykładów z zakresu humanistyki (Tanner Lectures, prowadzone od 1978 r.). Wśród autorów między innymi pisarskie i literaturoznawcze znakomitości: Rorty, Rushdie, Paz, Hill, Gordimer, Eco, Bloom, Bellow, Aron, Appiah i in. O idei projektu przeczytać możecie tutaj

poniedziałek, 22 czerwca 2009

eClicto

Skoro istnieją odtwarzacze muzyki mp3 i mobilna telefonia, dlaczego nie miałyby powstać czytniki przeznaczone do lektury "elektronicznych" książek?

Skoro urządzenia tego typu produkują Amerykanie, Japończycy i Chińczycy, dlaczego nie mieliby ich opracować Polacy?

Skoro Kolporter stworzył BiblioNETkę, dlaczego nie miałby zaoferować również jakiegoś sprzętu do czytania książek (nie tylko dla użytkowników BiblioNETki)?

Skoro powiedziało się "a", należy powiedzieć "b"...

Właśnie!

Tę wiadomość podaję za blogiem Pawła Wimmera - będziemy mieli (?) pierwszy polski czytnik ebooków. Nazywać się będzie eClicto, zostanie on wyposażony w ekran 6-calowy, pojawi się jesienią 2009 r., po nim pojawi się wersja z wyświetlaczem 10-calowym (wersja przeznaczona do czytania gazet?). Urządzenie ma obsługiwać różne typy plików (*ePub, *pdf), a jego pamięć można będzie powiększyć za pomocą kart SD. Niestety na razie nie przewidziano subskrypcji blogów i w ogóle łączenia się z Internetem. Brak jak na razie dokładniejszych informacji nt. dostępnych w ramach podstawowego oprogramowania słowników, możliwości robienia adnotacji na marginesach czytanych książek oraz opcji słuchania muzyki).

Ogólnie rzecz biorąc jest to dobra wiadomość. Źle natomiast, że eClicto ma kosztować ponad tysiąc złotych. Wiadomo - każda nowa technologia musi na początku kosztować... Jednak za takie pieniądze można kupić sprawdzone urządzenia z importu (Sony Reader, palmtopy, netbooki). Pomysł jednak jest dobry.

Być może już w niedalekiej przyszłości będziemy czytać prasę tylko za pomocą tego typu czytników (świadczyłaby o tym fala bankructw gazet na świecie i malejące nakłady istniejących). Cyfrowa dystrybucja sprawdziła się w przypadku muzyki i gier - jasne jest, że sprawdzi się w przypadku wydawnictw.

sobota, 20 czerwca 2009

Sława

@Andrzej Mleczko, "Polityka"

wtorek, 16 czerwca 2009

bruLion

Miałem nie zamieszczać tego dokumentu, bo wielokrotnie był już wznawiany w telewizji i pewnie wszyscy zainteresowani zdążyli go już dawno zobaczyć. Planeta bruLion jest próbą spojrzenia na jedno z najważniejszych zjawisk literatury lat 90-tych minionego stulecia. Pismo ewoluowało od anarchizmu do sekciarstwa, co sprawia iż jego historia (legenda?) wydaje się tak frapującym poznawczo przypadkiem. Zabawnie jest ponadto słuchać jak Cezary "Kataryna" Michalski obwieszcza, że sfera wolności rozszerzyła się i jednocześnie zdegenerowała tak dalece, że społeczna komunikacja sprowadza się dziś do wzajemnego naruszania wolności innych, tj. wzajemnego obrażania się... Jakby nie było - mamy tu "solidny kawał" naszej historii literatury...


niedziela, 14 czerwca 2009

Solidarnie podzieleni V

Seria nieprzewidzianych zdarzeń oderwała mnie w zeszłym tygodniu od mojego cyklu (anty)rocznicowo-politycznego. Dokończmy jednak te skandalicznie impresyjne i nie poparte żadnymi argumentami rozważania. Cykl zamkniemy fragmentem z Siły bezsilnych Havla - z autora, który doskonale zdawał sobie sprawę ze słabości współczesnych demokracji (a przecież był tym, który je w nowej Europie ustanawiał!). Havel powiada w swoim eseju (pisanym w 1978 r.), że pomyłką jest przenoszenie na płaszczyznę polityczną sprzeczności społecznych i rozgrywanie ich jako konfliktów mimo braku ich związku z polityką. Tak, polityka nie zapewnia "zbawienia", zawsze będą istnieć jakieś dążenia mające niewiele wspólnego z intencjami władzy i jakieś warstwy społeczne, żyjące w "równoległych polis". Nic tak nie potrafi skłócić ludzi jak polityka, w niczym nie znajdą oni takiej kompensacji jak w wierze, choćby to miała być wiara w demokrację parlamentarną.

W tym tygodniu słuchałem trochę radia. W nim - audycje rocznicowe, a jakże! Pytano Polaków, jak im się żyło przez te ostatnie 20 lat. Odpowiedzi były różne, jak różne są temperamenty i doświadczenia ludzkie. Rozbawiło mnie stwierdzenie, że Polacy przeżyli faszyzm i komunizm, a kłócą się z powodu "mdłego" liberalizmu. Zaraz potem znany profesor literatury (a jakże) poproszony o odpowiedź na pytanie: jak przez te dwie dekady literatura (zwłaszcza powieść) ewokowała rzeczywistość, odpowiedział, że mit jednolitego narodu definitywnie się rozpadł, że rzeczywistość społeczna jest jakimś zatomizowanym polem chaotycznej gry interesów, że jedności nie ma gdy znika wspólny wróg, że czas zaakceptować fakt, iż społeczeństwo to także "obcy", jednostki marginalizowane - "wypychane" z dotychczasowych narracji: Żyd, homoseksualista, lesbijka, i tak dalej... Mówił on, iż literatura zawierająca w sobie to doświadczenie inności jest lepsza, pełniejsza, prawdziwsza... Wypatrywanie jakiejś panoramy społecznej, sążnistej powieści będącej wyrazem narodowych doświadczeń jest pomyłką, że pod względem estetycznym jest to straszliwie passé, że nie będzie żadnych zwierciadeł przechadzających się po polskich gościńcach... Polityczna płaszczyzna egzystencji ma to do siebie, że jest żałośnie powierzchowna. Właściwe znaczenie życia rozgrywa się gdzie indziej. Ludzie zawsze będą zakładać jakieś swoje własne "równoległe polis" i będzie to wynikało z konfliktu wartości. Czas przyjąć to do wiadomości i nauczyć się z tym żyć.

Specyficzny charakter stosunków posttotalitarnych, brak „normalnej" polityki i niemożność dostrzeżenia szans poważniejszej zmiany ma jeden aspekt pozytywny: zmusza nas do rozpatrywania naszej sytuacji i zastanawiania się nad przyszłością na tle bardziej długoterminowych i globalnych perspektyw świata, którego część stanowimy. Kierunek takich rozważań wytycza przy tym - jak się zdaje - konieczność ciągłego przekonywania się, że najistotniejsza konfrontacja człowieka z systemem dokonuje się nieporównanie głębiej, niż na płaszczyźnie bezpośrednio politycznej. Nasza uwaga zwraca się więc nieustannie ku temu, co najistotniejsze: ku kryzysowi współczesnej cywilizacji technicznej jako całości. Heidegger opisuje ten kryzys jako bezradność człowieka stojącego twarzą w twarz z planetarną siłą techniki. Technika - owo dziecię nowoczesnej nauki i założeń nowożytnej metafizyki - wymknęła się człowiekowi z rąk, przestała mu służyć, zniewoliła go i zmusiła, by asystował jej, kiedy szykuje mu zagładę. I człowiek nie ma wyjścia: nie dysponuje ideą, wiarą, a tym bardziej jakąś koncepcją polityczną, które pozwoliłyby mu stać się ponownie panem sytuacji; bezradnie patrzy, jak bezduszna maszyna, którą sam skonstruował, niepowstrzymanie pożera go i wyrywa ze wszystkich naturalnych powiązań (na przykład z „domu rodzinnego" w najrozmaitszym rozumieniu, z „domem" w biosferze włącznie), jak oddala go od doświadczenia egzystencjalnego,wtrącając w „świat rzeczy". Pod wielu różnymi kątami widzenia opisywano już tę sytuację, jednostki i całe grupy społeczne doświadczają jej boleśnie i szukają z niej wyjścia (stąd na przykład w niektórych środowiskach młodzieży zachodniej popularność myśli Dalekiego Wschodu, zakładania komun itp.). Jedyną socjalną czy raczej polityczną próbą „zrobienia z tym czegoś", zawierającą niezbędny pierwiastek uniwersalności (odpowiedzialność wobec ogółu i za ogół) - próbą jednak ograniczoną tylko do wyobrażenia, jak technicznie stawiać opór dyktatowi techniki - jest dzisiaj rozpaczliwy i ginący we wrzawie świata głos ruchu ekologicznego.
„Już tylko jakiś Bóg może nas uratować" - mówi Heidegger i podkreśla konieczność „innego myślenia" - tzn. rozbratu z filozofią w tym, czym była przez wieki - oraz radykalnej zmiany sposobu pojmowania przez człowieka samego siebie, świata i własnej pozycji w świecie. Filozof nie widzi wyjścia i jedyne, co potrafi zalecić, to „przygotowanie do oczekiwania".
Wydaje się, że to, w czym różni myśliciele i różne ruchy przewidują możliwość owego nieznanego dziś wyjścia, dałoby się najogólniej scharakteryzować jako perspektywę jakiejś szeroko zakrojonej „rewolucji egzystencjalnej". Podzielam tę orientację -i podzielam też pogląd, że rozwiązania nie przyniesie żadne „zagranie techniczne", tzn. żaden powierzchowny projekt takiej czy innej zmiany bądź rewolucji wyłącznie filozoficznej, wyłącznie społecznej, wyłącznie technologicznej ani nawet wyłącznie politycznej. Wszystko to są dziedziny, które owa „rewolucja egzystencjalna" może i musi ogarniać swymi konsekwencjami; najistotniejszym jej obszarem jednakże może być tylko egzystencja ludzka w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Dopiero z tego obszaru może przerastać w jakąś ogólną, moralną - a wreszcie zapewne także polityczną - rekonstytucję społeczeństwa.
To, co nazywamy społeczeństwem konsumpcyjnym i industrialnym (albo postindustrialnym), co Ortega y Gasset miał kiedyś na myśli mówiąc o „buncie mas", cała ideowa, moralna, polityczna i socjalna nędza dzisiejszego świata - to raczej tylko różne aspekty dogłębnego kryzysu, jaki przeżywa dzisiejszy człowiek,wciągnięty w globalny „samoruch" cywilizacji technicznej.
System posttotalitarny jest tylko jedną - szczególnie drastyczną i tym wyraźniej dowodzącą swego rzeczywistego pochodzenia - postacią tej powszechnej niezdolności współczesnego człowieka do tego, aby być „panem swej własnej sytuacji"; „samoruch" tego systemu jest jedynie szczególną, skrajną wersją globalnego „samoruchu" cywilizacji technicznej, a bankructwo moralne - tylko jednym z wariantów ogólnego upadku współczesnego człowieka.
Globalny kryzys pozycji człowieka ogarnia, ma się rozumieć,świat zachodni tak samo jak i nasz, tyle tylko, że występuje tam w odmiennych formach społecznych i politycznych. Heidegger mówi dosłownie o kryzysie demokracji. Doprawdy, nic nie wskazuje, by demokracja zachodnia - tzn. demokracja tradycyjnego typu parlamentarnego - otwierała jakieś autentyczne wyjście. Można by nawet powiedzieć, że im więcej jest w niej - w porównaniu z naszym światem przestrzeni dla rzeczywistych intencji życia, tym jaśniej ukazuje ona człowiekowi kryzysową sytuację i tym głębiej go w niej zanurza.
Istotnie: nie wydaje się, by tradycyjna demokracja parlamentarna wskazywała sposób pryncypialnego przeciwstawienia się „samoruchowi" cywilizacji technicznej oraz społeczeństwu industrialnemu i konsumpcyjnemu; również ona ulega im i jest wobec nich bezradna. Jedynie sposób, w jaki manipuluje człowiekiem,jest nieskończenie subtelny i bardziej wyrafinowany od brutalnych metod systemu posttotalitamego. Ale cały ten statyczny kompleks skostniałych, w sferze konsumpcji mętnych, a w polityce kierujących się pragmatyzmem masowych partii, opanowanych przez profesjonalny aparat i uwalniających obywateli od jakiejkolwiek konkretnej i osobistej odpowiedzialności; wszystkie te skomplikowane struktury manipulujących z ukrycia i ekspansywnych ognisk akumulacji kapitału; cały ten wszechobecny dyktat konsumpcji, produkcji, reklamy, komercji, konsumpcyjnej kultury oraz cały ten zalew informacji - wszystko to, tyle razy już analizowane i opisywane, naprawdę trudno chyba uznać za drogę, na której człowiek będzie miał szansę odnalezienia siebie. Przemawiając na Uniwersytecie Harvarda Sołżenicyn mówił o iluzoryczności swobód nie opartych na odpowiedzialności i o wynikającej stąd chronicznej niezdolności demokracji tradycyjnych do przeciwstawienia się przemocy i totalizmowi. Człowiek jest tam wprawdzie wyposażony w wiele nie znanych nam swobód osobistych oraz gwarancji, swobody te jednakże i gwarancje ostatecznie nie zdadzą mu się na nic: on także koniec końców jest jedynie ofiarą „samoruchu", niezdolną obronić swej tożsamości, uchronić się przed eksterioryzacją, wyjść poza troskę o zdobywanie środków do życia i stać się dumnym oraz odpowiedzialnym członkiem „polis", realnie partycypującym w kształtowaniu jej losów.
Myślę, że zastanawiając się nad odległą perspektywą jakiejś wyraźniejszej zmiany na lepsze powinniśmy dostrzegać również ten głębszy - kryzysowy - aspekt tradycyjnej demokracji. Oczywiście: gdyby w którymś kraju bloku sowieckiego wytworzyły się ku temu warunki - co zresztą jest coraz mniej prawdopodobne- tradycyjny parlamentaryzm z właściwą sobie paletą wielkich partii politycznych mógłby stać się odpowiednim rozwiązaniem przejściowym, pomagającym zrekonstytuować nadszarpniętą samowiedzę obywateli, odrodzić rozumienie dla demokratycznej dyskusji, stworzyć warunki do krystalizacji elementarnego pluralizmu politycznego jako istotnej intencji życia. Lecz uznawanie tradycyjnej demokracji parlamentarnej za polityczny ideał i uleganie złudzeniu, że tylko ta „wypróbowana" forma może trwale zapewnić człowiekowi godną i pełnoprawną pozycję, byłoby - moim zdaniem - co najmniej krótkowzrocznością.
Za znacznie głębszy zwrot niż ku zwykłym mechanizmom zachodniej (czyli - jeżeli ktoś woli - burżuazyjnej) demokracji uważam zwrot myśli politycznej w stronę konkretnego człowieka . I jeśli jeszcze w roku 1968 myślałem, że nasz problem rozwiąże założenie jakiejś partii opozycyjnej, mogącej publicznie rywalizować o władzę z partią do tej pory rządzącą, to teraz wiem już od dawna, że w praktyce tak łatwo to się nie uda i że żadna partia opozycyjna - tak jak żadna nowa ordynacja wyborcza - sama przez się nie może gwarantować społeczeństwu, że nie padnie ono wkrótce ofiarą jakiegoś nowego gwałtu. Taka gwarancja doprawdy n ie jest sprawą „suchych" posunięć organizacyjnych; raczej trudno byłoby doszukiwać się w nich tego Boga, od którego jedynie możemy jeszcze oczekiwać ratunku.


V. Havel, Siła bezsilnych, w: Hrabal. Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, Kr. 2001, s. 145-148.

niedziela, 7 czerwca 2009

Solidarnie podzieleni IV

Jakie stanowisko względem tej specyficznej kondycji środkowoeuropejskiej powinien zająć intelektualista, w szczególności historyk? To chyba pytanie zadał sobie historyk sztuki Václav Černý zanim przystąpił do pisania opublikowanego w samizdacie w 1975 r. eseju pt. O charakterze naszej kultury (w cytowanej antologii pod zmienionym przez redaktora tomu tytułem Europejskie źródła czeskiej kultury). Przede wszystkim powiedzieć trzeba, iż autor dokonał rzeczy niemożliwej - do gatunku literackiego cechującego się subiektywną fragmentarycznością zdołał wcisnąć historyczną panoramę kultury europejskiej. Najpierw przedstawił swoje stanowisko od strony teoretycznej, a następnie nakreślił syntetyczny zarys dziejów Europy z perspektywy przemian jej kultury. Celem tego imponującego wywodu nie było jednak czyste historyczne poznanie. Przeciwnie - podobnie jak w przypadku wypowiedzi Kundery czy Hrabala - to raczej wyraz indywidualnych zmagań z rzeczywistością, która na jego oczach weszła w swoją schyłkową fazę socjalistyczną. Černý swoją krytykę rzeczywistości podporządkował absolutnie pojmowanej kategorii kultury. Kultura stanowi dlań istotę historii, narzędzie rozumienia i wartościowania zarazem. Odstępstwo od kultury postrzegał jako krok ku społeczeństwu ludzi-mrówek. I choć dokonał gruntownej krytyki socjalizmu (kapitalizmu zresztą również), to nie odebrał ideologii lewicowej szansy stania się ważnym składnikiem kultury europejskiej pod jednym wszakże warunkiem - że rozwijać się ona będzie na gruncie jej tradycji jako kontynuacja i twórcze rozwinięcie, a nie jako zaprzeczenie czy zerwanie. Černý nie dożył upadku muru berlińskiego (zmarł w 1987 r.), jego diagnozy wydają się jednak nadal trafne.

Od samego dzieciństwa byłem opanowany żądzą poznawania i rozumienia (bardziej niż zdobywania wiedzy), a pasja ta dotyczyła głównie człowieka, mniej zaś przyrody. Przyrodę wystarczyło, z tego co w ogóle pamiętam, postrzegać i po prostu kochać, zbliżać się do niej intuicyjnie, znikać w jej samotności, błądzić i rozpływać się w niej, jeśli to było możliwe, a czasem wręcz konieczne. A człowiek prowadził mnie ku niej niewidzialnie i to nawet wtedy, kiedy tam przed nim się chroniłem. Tak oto, już w latach chłopięcych, zawładnęły mną dzieje, historia: na zawsze uległem tej namiętności. Pragnąłem tylko rozumieć człowieka, cała reszta świata często mnie cieszy i pociesza, pochlebia mi, i to wszystko. Z konieczności, znacznie później otarłem się o filozofię historii i kultury, i potajemnie w niej zagustowałem. Nie bez obaw - i stąd ta skrytość - zwłaszcza kiedy usłyszałem wielkiego poetę, chyba Grillparzera, wyśmiewającego w epigramacie nowoczesnych historyków za to, że najchętniej tworzą historię przyszłości. Ta ironia dotyka filozofów historii znacznie bardziej niż historyków
tout court filozofia historii oznacza poszukiwanie sensu historii a słówko sens ogarnia wymiar przyszłościowy: dotyczy wszak w tym samym stopniu teraźniejszości co i przeszłości. Sens historii wskazuje na znaczenie rozwijane przez historię do chwili pełnej realizacji tegoż znaczenia. To jest naprawdę powód by bać się historiozofii. Jest ona zbytnio proroctwem, utopią, zobowiązaniem nakładanym jutrzejszej, twórczej swobodzie człowieka. Taka oto historiozofia zaczyna się właściwie od swego końca, od imperatywu czy życzenia filozofa, by kończyła się tak a tak. Wyobrażenie pożądanego końca zostaje projektowane wstecz na wydarzenia historyczne, aby móc je wytłumaczyć. I jakież to w indeksie historiozofii możliwości wyboru! Jest ich po prostu tyle, ilu pragnęli filozofowie dziejów. Na biegunie Hegla jest historią rozwoju Absolutnego Ducha lub Rozumu, który stopniowo i coraz pełniej wciela się w szereg postaci i instytucji - np. w pruską monarchię. Na biegunie Sartre'a zaś, historia nie ma w ogóle żadnego obiektywnego sensu, ponieważ przeszłość już nie posiada obiektywnej realności, a przyszłość nie ma jej jeszcze - czyli że wyłącznie realny jest jedynie teraźniejszy moment jednostki. Jednostka więc w każdej pojedynczej chwili swojego istnienia wychodzi z punktu zerowego, stwarza w sposób wolny siebie samą i w sobie, z ważnością znów tylko dla siebie; tak też uświadamia sobie całą historię. [...] Nie, nie, nawet gdyby nas mieli nazwać ascetami historyzmu lub sceptycznymi sługami nagiego historycznego Faktu, nie damy sobie narzucić żadnej konstruktywnej historiozofii, nie damy się zwieść żadnej ogólnej idei, która by chciała panować znad czy spoza historii - ani filozoficznej, ani religijnej, ani moralnej, ani społecznej, ani politycznej; nie chcemy, nie możemy uznać żadnego lepszego czy głębszego rozpoznania sensu życia od tego, które wypływa z samego życia, jego wewnętrznych procesów i zdarzeń, powiązań, dążeń i walk. Filozofia historii jest dla nas przede wszystkim poznaniem historii tout court, obiektywnie konstatującym opisem, stwierdzeniem samej historycznej faktyczności (przez fakt rozumiemy tu zdarzenie i dążenie, zamysł, myśl i instytucję). Teologię odrzucamy, choć oczywiście - jak w każdej nauce - będziemy uogólniać, gdyż domaga się tego każdy z miliona pojedynczych faktów, jeśli ma być zrozumiany. Musi on zostać sklasyfikowany, a fakty tego samego rodzaju sprowadzone do ogółu. Opowiemy się po prostu za historycznym realizmem czy pozytywizmem, chociażby były w pogardzie i raczej za Fustelem de Coulanges niż za bardziej poetyckim Micheletem. W wyniku tej historycznej generalizacji to i owo nam wyniknie. Przede wszystkim na poły rzeczowe, na poły metodologiczne pouczenie, że najmniejszym możliwym obszarem badania jest cała historia, nie zaś jej fragment, nawet nie cały naród - ponieważ mógł powstać i do wspólnej historii wejść późno, i nie jakaś historyczna epoka, ponieważ historyczny rozwój jest rozwojem twórczym, a patrzenie na sens historii z punktu widzenia jednej epoki oznaczałoby zubożenie jej, poprzez pominięcie nowych twórczych treści, o jakie mogły ją wzbogacić minione okresy. Po drugie: kategorie ogólne, które poprzez analizę klasyfikują niezliczone historyczne fakty, jako jednostki swoich klas - są uzależnione od wielkich, podstawowych i inspirujących idei czy dążeń, wokół których odbywał się historyczny rozwój, by wreszcie z milionowej drobiny aktów i faktów uczynić prawidłowość historycznego życia w danej chwili. Nazwijmy te wielkie, inspirujące idee kulturą. Sensem historii jest więc sens jej kultury. Po trzecie: konsekwencją wynikającą w sposób konieczny z samego charakteru życia i z przyczyny, że także historia ludzkości jako historia ludzi żywych uczestniczy w tym procesie poprzez aktywną organiczność swojego rozwoju - jest fakt, że każda z kolejnych inspirujących idei, które proces historyczny usiłował realizować, pozostaje w koniecznym związku z poprzednimi. Dzieje się tak dlatego, że każda następna należy do tych, które ją poprzedzają. Bardziej ogólnie - w poprzedzającym, historyczny rozwoju, zawarta i zaznaczona jest ich potencjalna możliwość, nawet jeśli kształt idei, a tym bardziej jej powodzenie lub niepowodzenie pozostaną z góry nieprzewidywalne. W przeciwnym razie historyczny rozwój nie byłby organiczną rzeczywistością i zjawiskiem życia. W tych okolicznościach sensem historii, sensem nie narzuconym z zewnątrz nie wyabstrahowanym, lecz obiektywnym, sprawdzalnym i sprawdzonym - może być wyłącznie organicznie powiązany i wewnętrznie jednorodny szereg inspirujących zasad kultury, które historię formowały i którymi się ludzie kierowali. Oto wszystko. [s. 171-174]

[...] Cały nasz kulturowy świat jest dziś pełen kryzysowych symptomów i pokus abdykowania; dostrzega to nawet ślepy. Wyraźnie wszechobecny jest upadek uświadomionego stosunku do kultury wśród najszerszych mas, brak twórczej siły, obojętność, całkowite kulturowe przemieszanie. Konsumpcyjny charakter współczesnego społeczeństwa przemysłowego w pełni się rozwinął. Stosunek do kultury stał się czysto i egoistycznie konsumpcyjny, a uczestnictwo w życiu kulturalnym nabrało charakteru merkantylnego; zapanowało poczucie, że nic nie jesteśmy kulturze winni, tylko kultura nam i z tej perspektywy nie jest ona już efektem wysiłku, twórczości, pracy, czymś co trzeba dalej z poświęceniem budować, rozwijać i mozolnie pielęgnować; kultura jest po prostu rzeczą daną, rzeczą do naszej dyspozycji, jest tutaj utożsamiona z naturą, która sama siebie stworzyła i po której dary sięgamy. Swego czasu trafnie opisał ten konsumpcyjny stosunek do świata Ortega y Gasset w Buncie mas. [...] W wielkich społecznościach zachodnich, łącznie z amerykańską, to memento wskazuje na dwa bardziej podstawowe zjawiska kryzysu, ich kulturowe samooszukiwanie, z którymi wrzody undergroundu i nowa lewica pozostają w wyraźnym związku. Owe społeczeństwa definiują same siebie - przede wszystkim - jako społeczeństwa demokratyczne i niewątpliwie takimi są na poziomie stosunków międzyobywatelskich a także w relacjach państwo - obywatel. Ale ich demokracja stopiła się mocno z kapitalistycznym mieszczaństwem; alians ów, prawie nierozerwalny, trwa kosztem demokratycznej zasady. Mam na myśli amalgamat dwóch zasad czy form rozwojowych, które oczywiście powstały w procesie liberalizmu, aczkolwiek na jego dwóch różnych, równoległych płaszczyznach. Tak więc linia demokracji, wyzwolenia obywatelskiego i jednostkowego przebiega znacznie dalej, o całe stadium historyczne niż analogiczna faza rozwojowa, jaką prezentuje mieszczański kapitalizm w dziedzinie wyzwolenia społecznego i ekonomicznego. Ich amalgamat prezentuje osobliwy przypadek historycznego rozwoju - „jednoczesności niejednoczesnego". To niejednorodne zmieszanie daje demokracjom olbrzymią siłę ukierunkowaną na zewnątrz. Demokracja odpłaca liberalnemu mieszczańskiemu kapitalizmowi przysługę niepomiernie większą: staje się ideologicznym obrońcą i jego alibi. Oczywiście, potem przez to partnerstwo, stała się egoistyczna, a egoizm jest przecież konstruktywną cechą ekonomicznego liberalizmu wolnej ręki. Demokratyzm wielkich mocarstw światowych (i to drugi symptom kryzysu) utracił w znacznej mierze swój patos i etos, swoje siły progresywne i idee apostolskiego posłannictwa, i tutaj zupełnie zrezygnował ze swojego ogólnego sensu kulturowego; złożył broń. Wystarczy porównać zachowanie wielkich światowych demokracji w roku 1792, 1848, a nawet w 1918 z ich dniem dzisiejszym. Demokracja albo „promieniuje" ze swych źródeł i czuje się solidarna sama ze sobą, jedna i jednolita aż do ostatecznych granic kultury, albo nie ma demokracji, tylko aspekt narodowego i państwowego egoizmu. Wszystkie ideologiczne dywagacje reprezentantów lub obrońców wielkich demokracji (jakby nie mieli nic wspólnego z demokracjami uciskanymi, nie potrafiącymi troszczyć się o siebie) są gadaniną, mającą stworzyć moralne alibi. Ukazują zarazem bardzo wyraźnie utratę atrakcyjności idei demokratyzmu wśród młodzieży, chociaż gwoli sprawiedliwości należy przyznać, iż jest ona straszliwie otumaniona i dotknięta ideologiczną oraz moralną aberracją. W jaki sposób demokracja ma być dla młodzieży „programem", kulturową i życiową propozycją czy perspektywą, jeśli się ją odbiera jako składowy element establishmentu, zasadę nacjonalistyczno-państwowego konserwatyzmu, zapatrzonego egoistycznie w siebie?
Przeciwko samooszukiwaniu się wielkich demokracji - powstał świat konstytuującego się socjalizmu, a w nim inne, ale równie wielkie niebezpieczeństwo kulturowej abdykacji. Sto razy w życiu i wciąż od nowa odnosiłem socjalizm do wszystkich pojęć, elementów rozwoju strukturalnego naszej kultury, poczynając od chwili obecnej na inicjalnej, helleńskiej prapodstawie kończąc. Na wstępie przeanalizujemy samą ideę wolności, której socjalizm jest potomkiem w linii prostej. Sto razy oświecała mnie myśl jaśniejsza niż słońce, że jak ogień nie powstaje z wody, tak też sprawa powszechnego wyzwolenia ludzi nie może być realizowana przez dyktaturę przemocy, a faktycznie przez dyktaturę „rewolucyjnej" mniejszości, która samowolnie wyznaczałaby siebie samą do tego zadania. Z absolutnej konieczności naczelna funkcja rewolucyjnej, dyktatorskiej mniejszości zostałaby spartaczona przez jej przywódców. Od nowej elity profesjonalnych mandatariuszy monopol dyktatorskiej władzy oczywiście natychmiast przeszedłby w ręce aparatu biurokratycznego, ubezpieczającego władzę także reżimem policyjnym. Zapewne nie tylko kierowanie procesem społecznego wyzwalania człowieka należałoby do kompetencji owego aparatu, ale również odmierzanie dawki chleba powszedniego, który nie byłby rozdzielany zgodnie z twórczym wkładem udziałowców, ale według ich zasług „rewolucyjnych", to znaczy ich posłuszeństwa lub też łaskawości dawców. Człowiek posiadający równe prawa zostałby de facto wyeliminowany z historii, przestałby być jej główną wartością. Zapewne społeczeństwo pozostałoby nadal typową klasową społecznością, stanowiącą kompletne przeciwieństwo klasowej społeczności właścicieli-kapitalistów, która zostałaby zmieniona i zastąpiona przez monopolistycznych biurokratów, nieposiadających wprawdzie środków produkcji, ale całkowicie nimi władających. Wolność osobista jednostki byłaby w tych okolicznościach wątpliwa. Prawdopodobnie zlikwidowano by u samych podstaw prawo do niezależnej myśli, swobodnego wyrażania prywatnych poglądów i do swobodnej twórczości. Narzucona teza o świecie i ustawowy bezkrytycyzm żądałyby od człowieka, aby nie myślał, nie widział, nie słyszał. Rzeczywistość kreowano by wcześniej, nim zdążyłby ją ujrzeć, a nawet o niej pomyśleć, tak iż oko nie byłoby już przeznaczone do oglądania, ani ucho do słuchania, ani mózg do myślenia. Polityczna i obywatelska wolność człowieka byłaby negowana przez żądanie podporządkowania własnej społecznej i obywatelskiej świadomości monopolistycznej, manipulowanej ideologii, realizacji ściśle określonego programu, zainteresowania tylko takimi problemami, które ona dopuszcza oraz żądanie całkowitej akceptacji (bez protestu i prawa do sprzeciwu) dla oficjalnej wykładni programu, a co się z tym łączy, rezygnacja z poszukiwania prawdy. Samo pojęcie liberalizmu, wywodzące się z renesansu, godność osobista i godność ludzka stałyby się zapewne pojęciami absurdalnymi. Mało tego, socjalizm podlegający takiej kulturowej aberracji nie byłby w stanie pomóc człowiekowi w rozwijaniu własnej osobowości, ale bardzo szybko przestałby szanować jednostkę, w sposób wręcz niesłychany marnowałby ludziom życie, męcząc ich, posyłając do łagrów, więzień, a także na śmierć. Zamiast okazywać w stosunku do człowieka najmniejsze choćby zaufanie, prowadziłby bezwzględnie do całkowitej jego alienacji, skonfiskowałby mu więc samą duszę, ponieważ brak motywacji działania, tworzenia i życia - to śmierć duszy. Perspektywą dla ludzkości miałoby więc być mrowisko ludzi-automatów sterowanych centralnie, egzystencja bez odpowiedzialności, totalne zaprzeczenie osobowości i godności osobistej; niedokończony proces przemian demokratycznych zastąpiony zostałby przez ideolokrację. [...] [s. 213-217]

Václav Černý, Europejskie źródła czeskiej kultury, w: Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, Kr. 2001.

sobota, 6 czerwca 2009

Solidarnie podzieleni III

Głos Hrabala był głosem jednostki i artysty. A co z głosem narodu? Josef Kroutvor, analizując pojęcie Europy Środkowej, doszedł do semantycznej pustki kryjącej się za nim. Treść tego pojęcia jest tak samo płynna jak granice obszaru, który próbuje unieruchomić. Co innego oznaczało ono w 1815, 1848, 1918, 1945 czy w 1968 roku. Było na przemian hołubione i "wykreślane z politycznego słownika". Europa Środkowa - czyli strefa politycznych wpływów... Sens pojęcia sprowadza się do niejasnych znaczeń psychologicznych, które są raczej domeną literatury niż historii, stąd uznanie przeszłości Europy Środkowej za anegdotyczną, prowincjonalną, ułomną. Taka też jest jej sztuka oraz literatura, tę ostatnią jednak eseista uznaje za znaczące osiagnięcie. Kroutvor przeprowadza swój dowód odwołując się do monotonii krajobrazu tej części kontynentu i kalekiego geniuszu jej twórczości, tego małego humanizmu stworzonego wspólnym wysiłkiem Czechów, Węgrów, Słowaków, Polaków, Żydów, Austriaków, Cyganów, Rumunów, Chorwatów, Hucułów - jakby wbrew zakusom niemieckim, rosyjskim czy politycznym ideom operetkowej monarchii Austro-Węgier. Istnieją w tym regionie Europy dwa typy twórczości, zdaje się twierdzić Kroutvor: ta wyrastająca z pierwiastka narodowego jednocześnie abstrakcyjna i egoistyczna, bo osadzona w koncepcjach politycznych i zorientowana na interes własnych współplemieńców oraz ta druga - wielokulturowa, wyrastająca z faktycznego zmieszania pierwiastków etnicznych, różnorodna, zasadzająca się na stanie faktycznym i niedoskonałym kompromisie. Jako typ społeczny człowiek środkowoeuropejski wydaje się głęboko niedoskonały, karłowaty - nic dziwnego, skoro kształtowała go anegdotyczna historia... A jednak w dziedzinie twórczości stworzył nieporównywalne z niczym dzieła. Tylko dla porządku Kroutvor przypomina nam nazwiska takich twórców jak: Nemcova, Neruda, Stifter, Nestroy, Klima, Deml, Meyrink, Kafka, Werfel, Musil, Kraus, Kisch, Hašek, Rotgh, Kastner, Schulz, Čapek, Polaček, Horvath, Kosztolanyi, Hrabal, Kundera, Örkëny...
Podobno Bismarck uważał, że ten kto kontroluje Czechy, ten trzyma w szachu Europę... Przekształćmy ten sąd: ten kto "ma" Czechy, posiada klucz do literatury nowoczesnej Europy...


W gęstej przedwojennej atmosferze, mniej więcej około roku 1910, zrodził się ekspresjonizm środkowoeuropejski, fenomen nie tylko kulturalny, ale i socjologiczny. W zasadzie do dzisiaj nie wiemy, co to takiego było, jakie mu wytyczyć ramy, kiedy się zaczął i kiedy skończył, jaki miał program, którzy z autorów się pod nim podpisywali. Kłopotliwe jest też definiowanie ekspresjonizmu wyłącznie przez pryzmat nurtu poetyckiego (szerzej: literackiego) lub w obrębie sztuk plastycznych, był bowiem raczej zjawiskiem naturalnym czy też społecznym, emanacją ducha, rewolucją kulturalną, niespodziewanym wtargnięciem żywiołów do stosunków środkowoeuropejskich. Ludzie zaczęli pod nogami odczuwać niebezpieczeństwo - czyli historię.
Z gęstej atmosfery, z obaw, nastroju niepokoju i trwogi, ze złych przeczuć i z nieskrępowanej zabawy zrodzili się dwaj geniusze Europy Środkowej - Franz Kafka i Jaroslav Ha
šek. Żaden nie jest typowym ekspresjonistą, lecz nie sposób ich sobie wyobrazić bez ekspresjonistycznego kontekstu. Ich twórczość uosabia podstawowe sprzeczności i postawy. Kafka i Hašek są wzorcowym przeciwieństwem egzystencji środkowoeuropejskiej, przykładem odwiecznego konfliktu między moralizmem a anegdotą. Owa śmieszna prawda nie jest bowiem niczym innym jak punktem przecięcia melancholii i groteski.
Ekspresjonizm środkowoeuropejski ma inny charakter aniżeli niemiecki: posiada o wiele bardziej złożoną strukturę wewnętrzną, nie jest tak egzaltowany, w większym stopniu interesuje się detalem, częściej kierując swą uwagę na drobiazgi z życia niźli na wielkie i wzniosłe idee. Ekspresjonizm zwięźle antycypuje cały wiek dwudziesty, z ekspresjonizmu wyłonią się tak przeciwstawne nurty, jak dadaizm i egzystencjalizm. A zatem konfrontacja Ha
ška z Kafką nie jest przypadkowa ani obliczona na tani efekt - są to bowiem dwie konsekwentnie realizowane alternatywy owych czasów.
Jeszcze przed I wojną światową, kiedy to Kafka zaczyna pisać pierwsze strony
Procesu, po praskich gospodach krążą szwejkowskie opowiastki. Tych parę przedwojennych lat jest dla Europy Środkowej złotym wiekiem. Cud zaczyna się już od secesji, a jego szczytem będą narodziny sztuki nowoczesnej. Niespodziewanie zjawia się plejada pisarzy autentycznie światowej rangi - chyba nie ma potrzeby ich tu wymieniać. I jeszcze jako pokłosie wojennej zawieruchy powstaną dzieła wyjątkowe, rozsławiające banalną mentalność środkowoeuropejską.
Ekspresjonizm środkowoeuropejski można bez przesady porównać jedynie z odrodzeniem narodowym. Różnica polega jednak na tym, że odrodzenie przyszło wyłącznie na fali ideologii narodowej, patriotycznej, podczas gdy ekspresjonizm środkowoeuropejski był nurtem wielonarodowościowym, przejawem europejskości i humanizmu. Ani Hašek, ani Kafka nie byli nacj
onalistami, brak na to choćby jednego dowodu. [...]
Josef Kroutvor, Europa Środkowa: anegdota i historia, w: Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, oprac. J. Baluch, Kr. 2001, s. 232-233.

piątek, 5 czerwca 2009

Solidarnie podzieleni II

Historia przerywająca ciągłość życia mieszkańca Europy Środkowej, jest jednym z tych impulsów, które leżą u podłoża narodzin narracji autobiograficznej tak charakterystycznej dla literatury tego obszaru geograficznego. Kim jestem? - to przeklęte pytanie zdaje się nie opuszczać ludzi urodzonych gdzieś między Wiedniem, Pragą a Lwowem. Odpowiedzi są różne, tak jak różne są temperamenty. Wysłuchajmy spowiedzi Hrabala, wejrzyjmy w nędzę świata w którym ten, kto nie potrafi z siebie robić idioty jest zgubiony:

Nigdy, nawet we śnie, nie przyszła mi do głowy chęć zmieniana wydarzeń politycznych, których byłem świadkiem. Nigdy nie życzyłem sobie zmieniać ani języka, ani świata, gdy cytowałem Marksa, gdy cytowałem Rimbauda, gdy cytowałem Mallarmego, wtedy zawsze chciałem zmienić sam siebie, tego, którego miałem na wyciągnięcie ręki, siebie samego. Dlatego uważam się za świadka, a nie za wyrzut sumienia epoki, do tego nigdy nie czułem się powołany, ponieważ od dzieciństwa przepełniał mnie podziw wobec rzeczywistości, której nie stworzyłem, która istniała wcześniej niż ja - ten, który nie pragnął niczego więcej niż pokazać jej odbicie, bo tyle piękna miały dla mnie nawet najstraszniejsze wydarzenia. Zawsze pozostawałem tym waletem dzwonkowym, który spaceruje w słońcu z dzwoneczkiem w ręce; ta pozornie błazeńska maska towarzyszy mi do dzisiaj. Zawsze czułem się zaszczycony tym, że jako opowiadacz byłem świadkiem drugiej wojny światowej, nie wierzyłem wprost własnym oczom, tak wstrząsające były wydarzenia. Tak samo, kiedy wojna już się skończyła, widziałem wokół siebie i w sobie tyle pięknej grozy i uczestniczyłem w tylu cierpieniach z miłości, że do dziś źle sypiam, ponieważ to moje pozornie zwykłe życie jest samo w sobie dramatyczne. Jestem więc dumny, że żyję z narodem, w którego zalety powątpiewam tak samo, jak we własne morale, jestem właściwie trochę bluźniercą, jestem kacerzem w stosunku do wszystkiego, co ten naród w idealnym wyobrażeniu wyznaje, w co wierzy, co ma nawet wypisane na sztandarach; wątpię w to, że „Prawda zwycięży”, wątpię w to, że jesteśmy narodem, który chce prawdy i w nią wierzy, choć nie zaprzeczam wielkości tych, którzy o prawdę walczyli, drogo za nią płacąc, jak mistrz Jan Hus, jak Jirzi z Podjebradów, jak wreszcie profesor Masaryk. Teraz żyję w ograniczonej suwerenności, jak tę naszą prawdę wyjaśnił Breżniew, i wcale mi to zdanie nie przeszkadza, tak jak nie przeszkadza mi, że „Prawda zwycięży”. Żyję dokładnie tak, jak żyłem i jak bym żył, gdyby na Zamku rezydował pan gubernator dynastii habsburskiej. Mam tyle kłopotów, aby samego siebie ukształtować, tyle kłopotów z moimi bliźnimi, że nie starcza mi czasu na jakąkolwiek zmianę wydarzeń politycznych; nie wiem nawet, o czym mówią ci, którzy takich zmian pragną, bo ja chciałbym tylko zmienić samego siebie, chciałbym sprawić, abym sięgnął niebios, gdzie mógłbym powiedzieć: jestem taki, jaki jestem... Jestem tylko własnym wyrzutem sumienia, na razie. O tym, co mi się przytrafiło, zawsze myślałem, że przytrafia się tylko mnie, dlatego to zażenowanie, dlatego wstyd, dlatego to, co zaczynałem pisać i napisałem, pokazywałem udając zawsze, że napisał to ktoś inny, bo tak mnie wprawiały w zakłopotanie moje pierwsze teksty, tak bardzo się za nie wstydziłem. Dopiero później, kiedy ruszyłem w świat, kiedy nauczyłem się przedstawiać siebie samego innym, kiedy w knajpie zaczynałem się cieszyć, że to, co zdarzyło się tylko mnie, zdarza się również innym, zaczynałem nabierać odwagi, że jednak nie jestem osamotniony. I gdy tak przez wiele lat wysłuchiwałem innych, zrozumiałem, że te moje najskrytsze tajemnice, te moje największe grubiaństwa, moje największe osamotnienia i najdelikatniejsze intymności nie są wyłącznie prywatną tajną chorobą, ale że to wszystko przytrafia się także innym, nawet częściej niż mnie, z większą intensywnością, z większym ładunkiem oscylując w całych grupach ludzi, i zacząłem traktować to, co zdarzyło się innym, jakby zdarzyło się mnie samemu, a nawet bardziej się cieszyłem, kiedy to, co zdarzyło się innym, zdarzyło się także mnie, więc chętniej uznawałem za swoje to, co spotykało innych. I tak jakoś dzięki innym ludziom się umocniłem, tak jakoś nabrałem odwagi do wchodzenia na cienki lód, na sufit, który groził zawaleniem duszy; dodawałem sobie odwagi, aby z kolei to, o czym myślałem, że jest tylko moje, odnaleźć w knajpach i przekonać się, że przytrafia się także innym. Moje knajpy nie były nigdy jakimś biurem, jakimś konfesjonałem, nie chodziłem tam wyłącznie wypytywać, ale tylko aby tam sobie siedzieć i żeby się nie gwałcić, żeby nie zaczynać jak reporter, jak badacz opinii publicznej; tak sobie siedziałem i piłem, i słuchałem, i czekałem, nie celowo, ale nagłe, kiedy ktoś pod wpływem chwili zaczynał sam, jak ja, kiedy nie chciałem, lecz musiałem zasiąść przy maszynie do pisania, więc gdy ten ktoś inny zaczynał opowiadać o tym, co mogłoby się wydać aspołeczne, co mogłoby się wydać niesmaczne, bo bliskie jest zbrodni, występku... w takich chwilach w knajpie miałem uczucie, że mówię sam do siebie, że rozmawiam ze sobą, że przemawia do mnie mój publiczny oskarżyciel i jednocześnie spowiednik, że wszystko, o czym myślałem, iż przytrafiło się tylko mnie, jest powszechne, że nawet ten opowiadacz i oskarżyciel jakby przyszedł tylko po to, jakby narodził się tylko po to, aby pomóc mi nieść te moje aberracje, moje osobliwości, moje najtajniejsze marzenia i zwyrodnienia... Staram się dotrzeć do głębin mej świadomości w taki sposób, że spycham ją w podświadomość i dopiero wtedy próbuję oświetlić minione życie jasną świadomością, aby samego siebie zbawić, aby tym wyjaśnieniem samego siebie leczyć, aby się powoli goić. Moja literatura, a więc i moje teksty, nie są niczym innym, jak poszukiwaniem mego straconego czasu; jestem tym poszukiwaniem przytłoczony, ale jednocześnie bawię się nim, dlatego taką wagę przykładam do zabawności moich tekstów, do bawienia samego siebie trudnościami takiego poszukiwania. Uważam, że wszystkie moje zahamowania nie są celowe, nie staram się pisać tego, co wiem, ale usiłuję dotrzeć do tego, czego jeszcze nie wiem. Robię więc nie tyle to, co chcę, lecz to, czego nie chcę; wiem, że należy szczać pod wiatr, że trzeba płonąć tym, czego nie można ugasić. Stoję sam przed własnym sądem, a ten mój wewnętrzny sąd jest wielkimprzesłuchaniem, jest to jednocześnie oskarżenie i obrona, ja zaś jestem dla siebie prokuratorem i adwokatem. Ten mój sposób pisania niesie ze sobą bardzo często krzyżowanie się równoległych, wskakiwanie samemu sobie w słowo, ponieważ mechaniczną drogą nie da się iść naprzód, a tylko drogą przerywanego monologu wewnętrznego, tylko drogą ingerencji wydarzeń z zewnątrz. W ten sposób moje teksty stają się drogą, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na następny rok; więc ad infinitum, ale by utrzymać siebie w twórczym napięciu aż do chwili, gdy przyjdzie wreszcie ostatnia godzina, w której może zobaczę to moje konto, moją hipotekę, ten mój rachunek z gigantycznej knajpy, jaką jest dla mnie świat. Na razie robię rachunki bez kelnera, na razie wiem jedynie, że żyję na kredyt, że wszystkie moje wydatki są zapisane na futrynie otwartych drzwi, przez które widzę ten zadziwiająco piękny świat, z którego wypisuję tylko to, co kiedyś będzie dla mnie okolicznością łagodzącą, chociaż dobrze wiem, że tylko sobie wmawiam, iż to, o czym myślę, mogłoby złagodzić moją winę za fakt, że żyję: to wszystko raczej mnie obciąży, raczej pogrąży, sprawi, że uznany zostanę za totalnie winnego... Moje teksty są dla mnie na razie karą za to, że miotam się pomiędzy zbrodnią a nienawiścią, że odkładam definitywne rozliczenie i wyrok, że trochę stałem się tym, kim zawsze pragnąłem być, poetą przeklętym. Dopiero teraz, gdy boję się samego siebie, gdy wzywam na mój sąd to, co leży głęboko w mojej nieświadomości, teraz, uświadamiając sobie moją przeszłość, sam nad sobą załamuję ręce, sam sobie mogę udzielić rozgrzeszenia, więc jestem przynajmniej odważny dzięki temu, że podtrzymuję tekstem i w tekście poczucie własnej winy. A przy tym się drżąco uśmiecham. To jest mój wisielczy humor... ta moja praska ironia.


B. Hrabal, Kim jestem, w: Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, oprac. J. Baluch, Kr. 2001, s. 3-6.

czwartek, 4 czerwca 2009

Solidarnie podzieleni I

Cokolwiek rozdrażniony rocznicowymi frazesami, stekiem bzdur w sosie sentymentalnego kombatanctwa, tradycyjnymi politycznymi kłótniami, odwracam się do tego plecami. Przyjmuję inną perspektywę, wychodząc poza polskie kompleksy, sięgam po antologię czeskiego eseju wydaną przez Jacka Balucha w 2001 r., by sprawdzić jak "umysłowa Jałta" oddziaływała na naszych południowych sąsiadów. Antologia bardzo zacna, bo gromadząca kilka fascynujących, bardzo ważnych, trudno dostępnych tekstów. Czytałem ją jak dokument historycznej świadomości, znajdując szereg fragmentów o wielkiej wartości. Teksty te obrazują jakąś potworną historiozoficzną szamotaninę, dobrze znaną równie zakompleksionym Polakom (motyw polski przewija się w tych esejach, a Polska traktowana jest w nich jak wszystkie "małe" narody środkowoeuropejskie).

Wszystkiego zacytować się nie da, ale parę fragmentów postanowiłem wybrać. Na początek Kundera:

[...] Małe narody. Ten koncept nie jest ilościowy; oznacza on pewną sytuację; przeznaczenie: małym narodom nieznane jest szczęśliwie poczucie bycia tu od zawsze i na zawsze; wszystkie przeszły kiedyś, w takiej czy innej chwili ich historii, przez przedpokój śmierci; zawsze spotykały się z obcesową ignorancją ze strony wielkich i ich istnienie jest wiecznie zagrożone i podawane w wątpliwość; albowiem ich istnienie jest wątpliwością.
Małe narody europejskie w większości wyemancypowały się i uzyskały niepodległość w XIX i XX wieku. Rytm ich dziejów jest zatem szczególny. Dla sztuki ta historyczna asynchronia, pozwalająca na zderzenie różnych epok, często była owocna, Janaček i Bartok uczestniczyli z zapałem w walce o wyzwolenie swych narodów; i to jest ich strona dziewiętnastowieczna: nadzwyczajne poczucie rzeczywistości, przywiązanie do ludu, do sztuki ludowej; bardziej spontaniczny stosunek do publiczności; zalety te, nie spotykane wówczas w sztuce wielkich krajów, utworzyły w połączeniu z estetyką modernizmu zaskakujący, niepowtarzalny, szczęśliwy mariaż.
Małe narody tworzą „inną Europę”, której dzieje są kontrapunktem dla dziejów wielkich. Ich obserwatora może urzec zadziwiająca często siła życia kulturalnego. W niej to ujawnia się przewaga tego, co małe: bogactwo wydarzeń kulturalnych jest „na miarę ludzką”; wszyscy mogą objąć to bogactwo, uczestniczyć w całości życia kulturalnego i dlatego mały naród w swych najlepszych chwilach może przywodzić na myśl życie starożytnego miasta greckiego.
To możliwe uczestnictwo wszystkich we wszystkim przywodzi na myśl coś jeszcze innego: rodzinę; mały naród podobny jest do wielkiej rodziny i tak właśnie lubi siebie określać.
[...]
W wielkiej rodzinie małego narodu artysta jest zatem skrępowany na wiele sposobów, przez wiele nitek. Gdy Nietzsche hałaśliwie pomiata charakterem niemieckim, gdy Stendhal oznajmia, że od swej ojczyzny woli Włochy; nie obraża się żaden Niemiec, żaden Francuz; gdyby Grek lub Czech ośmielił się powiedzieć coś podobnego,  jego rodzina wyklęłaby go jako ohydnego zdrajcę.
Małe narody europejskie, skryte za niedostępnymi językami (ich życiem, ich historią ich kulturą), są bardzo słabo znane; sądzi się całkiem naturalnie, że na tym polega ich zasadnicze kalectwo, stojące na przeszkodzie międzynarodowemu uznaniu ich sztuki. A jest wprost na odwrót: sztuka ta jest okaleczona, gdyż wszyscy (krytyka, historiografia, krajanie oraz cudzoziemcy) wklejają ją na wielkie zdjęcie rodziny narodowej i nie pozwalają go opuścić. Gombrowicz: bez żadnej korzyści (również bez znajomości rzeczy) jego cudzoziemscy komentatorzy wychodzą ze skóry, żeby wyjaśnić jego dzieło poprzez rozważania o polskiej szlachcie, o polskim baroku, itd., itd. Jak pokazuje to Proguidis, „polonizują” je, „repolonizują”, spychają w tył, w mały kontekst narodowy. Jednakże to nie znajomość szlachty polskiej, lecz znajomość modernistycznej powieści światowej (a więc znajomość wielkiego kontekstu) uświadomić może nowość przeto i wartość powieści Gombrowicza.

[...]
O, małe narody. W intymnym ciepełku każdy zazdrości każdemu, wszyscy pilnują się wzajemnie. „Rodziny, nienawidzę was!” I jeszcze te inne słowa Gide'a: „Nie ma większego dla ciebie niebezpieczeństwa jak twoja rodzina, twój pokój, twoja przeszłość [...] Musisz je porzucić”. Ibsen, Strindberg, Joyce, Seferis wiedzieli o tym. Większą część życia spędzili za granicą, daleko od rodzinnej władzy. Dla Janačka, patrioty dobrodusznego, było to nie do pomyślenia. Toteż zapłacił.
[...]

M. Kundera, Niekochane dzieco rodziny, w: Hrabal, Kundera, Havel... Antologia czeskiego eseju, oprac. J. Baluch, Kr. 2001, s.58-60.