Kto szuka dobrowolnej śmierci, pisałem już o tym,ten wyłamuje się z logiki życia. Jest ona nam dana - wiedzą to biolog tak samo jak badacz zachowań, a może też fizyk, gdyż najnowsze prace fizyki teoretycznej dopuszczają, jak się wydaje, niemieszczący się w dawniejszym witalizmie wniosek, że bios i człowiek są czymś więcej niż tylko „przypadkową zbieżnością", jak mniemał Jacques Monod. Logika życia jest nam przepisana lub, jak kto woli, jest „zaprogramowana" w każdej reakcji z życia codziennego. Weszła do potocznej mowy. „Trzeba jakoś żyć", mówią ludzie, usprawiedliwiając całą marność, w którą się wdają. Jednak: czy m u s i się żyć? Czy musi się istnieć tylko dlatego, że raz się zaistniało? W chwili przed odskokiem samobójca zdziera przepisy natury i rzuca je pod nogi ich niewidzialnemu autorowi jak grający w teatrze męża stanu aktor innemu umowę, która w rezultacie staje się tylko kawałkiem papieru. Jeszcze zanim go zapytają, poszukujący dobrowolnej śmierci woła: nie! Lub mówi stłumionym głosem: może się musi, ale ja nie chcę i nie ugnę się pod presją, którą można odczuć z zewnątrz jako prawo społeczeństwa, a od wewnątrz jako lex naturae. Nie chcę ich już dłużej uznawać.
Oto miejsce, w którym odnajdują się wszyscy, Kleist, Chatterton, Pavese, Celan i Szondi, a także niezliczona mnogość bezimiennych, wyrażających tu czynem, niezależnie od tego, czy ich przedsięwzięcie „powiodło się", czy nie, coś głęboko tajemniczego i logicznie sprzecznego, mianowicie tezę: „życie nie jest najwyższym z dóbr". Racjonalna strona tych słów jest wątpliwa. Pomijam już to, że ktoś, kto je sformułował, spisał je bez szczególnej wcześniejszej refleksji tylko dla pewnego teatralnego efektu. Cóż bowiem ma to oznaczać? Dobra mogą występować tylko w życiu, a nie w nicościowej nicościowości śmierci, życie musi zatem być z takich dóbr pierwszym, ostatnim, najgłębszym i najwyższym. Gdy jednak ktoś stoi w obliczu odskoku, sprzeczny sąd, który, logicznie biorąc, stanowczo wymaga odrzucenia, nabiera dlań dobrego sensu, który jednak lokuje się już poza życiem i jego logiką, poza rozumem, który jest tylko duchem służebnym wobec życia, poza tym wszystkim, co zdołał stworzyć najgruntowniejszy nawet badacz gałęzi wiedzy w postaci suicydologii.
(Przed odskokiem, s. 148)
Nie dość powtarzać, że z takimi rozważaniami pomimo okazjonalnych psychologicznych zerknięć w bok znajdujemy się poza sferą psychologii, zostawiając ją fachowcowi. Akt odskoku zaś, choć jest jeszcze pełen psychologicznych bodźców, nie może już podlegać oglądowi psychologicznemu, bo przecież następuje tu zerwanie z logiką życia, a tym samym także z psychologią. Jeśli zatrzymamy się na chwilę, by zająć się raz jeszcze niezbyt prostym pojęciem „logiki życia", nadrzędnym wobec psychologii, nie wystarczy powołanie się po prostu na fakty samozachowania i zachowania gatunku. Od pewnego czasu kompetentne prace o podstawach logiki podają w nieprzekraczalny sposób i nie bacząc na pewne różnice, jakie wydobywają, jeden, jak sądzę, niezbity fakt: wypowiedzi logiki są puste. Są z istoty tautologiczne, są „sądami analitycznymi" w terminologii Kanta lub regułami przekształcania idei. Nie mówią nic o rzeczywistości lub nigdy nie wnoszą nic nowego do jej poznania. Mimo to rzeczywistość stanowi ich podłoże. Pierwotnym doświadczeniem czerpanym z realności jest, że nic nie może być i zarazem nie być. Gdy więc mówię o logice życia lub logice bytu, to chodzi mi o to, że wszelkie wnioski logiczne, które wyprowadzamy w wypowiedziach o życiu, zawsze wiążą się z faktem tego życia. Nie można powiedzieć, że aby dobrze żyć, najlepiej jest nie żyć, byłby to czysty nonsens. W ten sposób logika bytów obejmuje logikę społeczeństwa, logikę zachowań w ogóle, logikę życia codziennego, a na koniec ową formalną logikę, która musi wykluczać śmierć. Stwierdzenie Epikura, które uparcie powtarzam, że mianowicie śmierć nas nie dotyczy, bo przecież, dopóki istniejemy, jej nie ma, a gdy się pojawia, nas już nie ma - pozostaje obowiązujące. I pozostaje puste w niemal humorystyczny sposób. Bardziej wszakże niż pusta, bezdennie nieznośna dlatego, kto ma do czynienia ze śmiercią jest myśl, że także ona ma swoją logikę. Logika śmierci nie jest logiką w typowym, tylko na rozumie opartym sensie, gdyż nie dopuszcza żadnego innego wniosku prócz jednego, nieustannie się powtarzającego: „nie" równa się „nie", przez co sama w sobie opróżniona z rzeczywistości wypowiedź wszelkiego logicznego (id est: analitycznego) sądu traci ostatnią więź z rzeczywistością zwłaszcza tę, w której zrównanie dwóch kategorii bytowych wyznaczonych symbolicznie jak w matematyce lub tkwiących w mowie codziennej odnosi się do czegoś, co jest niczym i nie jest, do czystej negacji, do przeklętej niemożności pomyślenia.
Faktycznie, i tylko o to mi chodzi, człowiek stoi przed odskokiem niejako jedną nogą w logice życia, drugą wszakże w przeciwlogicznej logice śmierci. W kwestii namysłu nad śmiercią jesteśmy tak bezradni, ponieważ przez logikę życia rozumie się nie tylko immanentną logikę zachowania zachowującego siebie i gatunek, której płacimy trybut, lecz także wydobytą z niej jako abstrakcję wyższego rzędu logikę, która waży byty między sobą stawia jeden przeciw drugiemu i może dojść do poznania logicznej„prawdy" i „fałszu", przy czym prawdziwość i fałszywość milcząco uznaje się za kategorie bytu, gdyż nie ma przejścia od bytu do niebytu. Odskakujący natomiast jest w najściślejszym sensie tego słowa - i obojętne, czy na płaszczyźnie empirycznej jego akt doprowadzi do końca, czyteż „uratowanego" zawiesi w próżni - pół na pół już „potamtej stronie", jak mówi metaforyczny zwrot. Po tamtej stronie? Nie ma żadnego „tam": skaczący dokonuje czegoś niedającego się opisać i logicznie opacznego; „le faux,c'est la mort", czytamy u Sartre'a. Jest rozdarty między logiką życia a logiką śmierci: na tym polega mętna ontycznie specyfika jego sytuacji. Zna logikę śmierci lub jej antylogię, nawet jeśli nie umie nic o niej powiedzieć, nawet jeśli w psychologicznym systemie pojęciowym i systemie wyrażania nie ma dla niej miejsca.
(
Przed odskokiem, s. 152)
Teraz samobójstwo tak samo nie jest już hańbiące, jak ubóstwo i choroba. Nie stanowi już zbrodni omroczonego (w średniowieczu powiedziano by: opętanego przez demony) umysłu, lecz odpowiedź na palące wyzwania życia, a mianowicie upływu czasu, w którego nurcie płyniemy z innymi i obserwujemy własne tonięcie; kawałek po kawałku nasze ja pogrąża się, gdy blakną wspomnienia, a realność naszej osoby wpada na koniec w wir, który ją wciąga w głębiny. Czym jest samobójstwo jako naturalna śmierć? Głośnym Nie głośnemu, niszczącemu echec życia. Kupiec odebrał sobie życie? Zrobił lepiej, niż gdyby wziął na siebie hańbę i czekał, aż społeczeństwo zapomni o jego nadużyciach z wekslami. Oblany abiturient zastrzelił się? Dlatego nie stał się misfit, przeciwnie, uniknął zagrożenia, że nim się stanie. Melancholik wywiódł wnioski ze swojego mrocznego obrazu świata, obrazu, którego nikt nie mógł nazwać opacznym. Chcemy temu melancholikowi przyznać przynajmniej tyle, że działał racjonalnie, mianowicie zgodnie z własnym, nieujawnialnym ratio. „Trzeba jakoś żyć", wypowiadają ludzie swoją ludową mądrość. Nie musi się, tym mniej, że wszystko zmierza do tego, iż pewnego dnia, który niewątpliwie nadejdzie, nie będziemy musieli dłużej żyć, bo nie będziemy mogli. Jest pewien kosiarz, nazywa się śmierć. Wszelako każdy może wziąć kosę w dłoń i sam nią machnąć. Granice metafory zostały osiągnięte. Nie można samemu się skosić. Niemożność życia jednak: to staje się nakazem tam, gdzie godność i wolność zabraniają nienaturalności życia ku śmierci, życia w echec. Podmiot rozstrzyga w pełni suwerenności za siebie, co nie oznacza: przeciw społeczeństwu. Jedyny może w imię właściwości, której pragnie, zniszczyć własność, która nigdy nie była rzeczywiście jego własna. Podnosi na siebie rękę.
(Jak naturalna jest śmierć?, s. 185)
Wielu ludzi mówi: jeśli wszystko źle pójdzie, zawsze będę mógł się zabić. Potem wszystko idzie źle, a oni nadal żyją źle, jeszcze trochę bardziej ubożsi, smutniejsi, starsi, bardziej chorzy, bardziej samotni, a dumna decyzja staje się wkrótce jeszcze jednym odległym wspomnieniem, krajobrazem, którego wizję kiedyś się miało, ale nigdy nie wstąpiło się na jego łagodne łąki. Prawdziwy kandydat na samobójcę nie traktuje tego tak lekko. Może wcześniej przyjść umieranie, może bolesne, nie dającmu możliwości swobodnego działania. Myśli on wtedy: czemu tego nie zrobiłem? Może się zdarzyć, że postępując dalej, a właściwie już tylko utykając, stwierdzi, iż przegapił właściwy moment; teraz jego sprawa to już tylko wstyd, że zawiódł. Palący wstyd. Nieodwołalny wszakże pozostaje moment decyzji, który go wzniósł w górę: zdarzyło mi się raz żyć jak bogowie i więcej nie trzeba. Ci stojący na zewnątrz niech sobie myślą, co chcą. Ten tutaj ciągle powtarzał, że lepiej umrzeć niż być niewolnikiem, że wolałby usunąć się ze świata z godnością, zachowując człowieczeństwo i wolność, niż cierpieć upokorzenie degeneracji. I patrzcie: żyje nadal. Gaduła. Człowiek, który stracił życie, nie zyskawszy śmierci. My się przebiliśmy, przyjmując ciosy i oddając niektóre, gdzie nie było to zbyt niebezpieczne. My nie jesteśmy nieudacznikami ani głupcami.
Podsumujmy to wszystko. A przede wszystkim to, że wstręt wobec bytu i skłonność do śmierci w całej ich przytłaczającej, depresywnej postaci odczuwa tylko znikomo mała liczba ludzi, innym gorzka mowa nie zakłóci tyleż złudnego, co biologicznie przepisanego trzymania się bytu i egzystowania. Nigdy nie żyli jak bogowie, i nigdy tego nie potrzebowali. Afirmowali i negowali w równowadze, którą inni wyważali dla nich jako „świat", a gdzie nie było równowagi, fałszowali wagę z czystym społecznym i biologicznym sumieniem. Upokorzenie i echec przezwyciężali w mgnieniu oka: niekiedy samym tylko upływem czasu. Powiada ów biedak: mam więc to wszystko za sobą. Czy już tylko z tego powodu nie byłem dzielny i wart wszelkich godności? Przyjmuje życie z całą jego mizerią, upływ czasu, zgoda na przemijanie pomagają mu. A kiedy przyjdzie koniec, mniema - jeśli jeszcze potrafi myśleć, bo czas końca otępia go, waląc w głowę jak młotem - jego powinność będzie spełniona. Tu nie ma z nim zgody: jak miałoby to być możliwe? Jest on bowiem, on, wierny życiowej powinności, człowiekiem jako takim, konstytuowanym pod względem tej właściwości przez biologię i społeczeństwo. Jego sprawę, sprawę ogromnej większości i dlatego normalną, odbiera mu dopiero śmierć, wobec której staje w trwodze i drżeniu, co można jednak nazwać dzielnością. Potencjalny samobójca jest przy nim mały jak oddział osaczony przez potężną armię wroga, jak odcięci francuscy żołnierze w powieści Sartre'a Rozpacz.
(Droga na wolność, s. 242)
Wszyskie cytaty wg: J. Amery, O starzeniu się. Ponieść na siebie rękę, przeł. B. Baran, Czytelnik, W-a, 2007.