154.
M u z y k a „p o g o d n a”. – Jeśli się było długo pozbawionym muzyki, to następnie zanadto prędko przechodzi w krew jak ciężkie wino południowe i pozostawia w duszy uczucie narkotyczne, odurzające, półtrzeźwe, senne; szczególnie sprawia to właśnie muzyka „pogodna”, która zmusza do sączenia wciąż i wciąż, niby w ocukrzonej truciźnie, kropli goryczy i bólu, przesytu i tęsknoty za ojczyzną. Sala pełna pogodnej, gwarnej wesołości zdaje się przy tym zwężać, światło tracić na jasności i brunatnieć: w końcu, zdaje się, jak gdyby muzyka wpływała do wiezienia, gdzie biedny człowiek z tęsknoty za ojczyzną zasnąć nie może.
159.
W o l n o ś ć w w i ę z a c h – w o l n o ś ć k s i ą ż ę c a. – Ostatni z muzyków nowszych, który oglądał i ubóstwiał piękno na podobieństwo Leopardiego, Polak Chopin, on, który nie był do naśladowania – żaden z tych, którzy byli przed nim i po nim nastąpili, nie miał prawa do tego epitetu – Chopin posiadał tę samą książęcą wspaniałomyślność konwencjonalności, jaką wykazuje Rafael u używaniu farb tradycyjnych, najprostszych, lecz nie w stosunku do barw, lecz do zwyczajów melodyjnych i rytmicznych. Uznawał on te zwyczaje, ponieważ u r o d z i ł s i ę w e t y k i e c i e, lecz jako duch najwolniejszy i najwdzięczniejszy, igrając i pląsając w tych więzach – i to bez ich wyszydzania.
162.
Ś p i e w a c y d r a m a t y c z n i. – „Dlaczego ten żebrak śpiewa?” – Prawdopodobnie nie umie jęczeć. – „Postępuje więc słusznie: lecz nasi śpiewacy dramatyczni, którzy jęczą, ponieważ śpiewać nie umieją – czyż i oni postępują słusznie?”
163.
M u z y k a d r a m a t y c z n a. – Dla tego, kto nie widzi, co się dzieje na scenie, muzyka dramatyczna jest niedorzecznością; tak jak niedorzecznością są ustawiczne komentarze do zaginionego tekstu. Właściwie wymaga ona, żeby uszy mieć akurat tam, gdzie znajdują się oczy; to jednak znaczy zadawać gwałt Euterpe [muza, opiekunka poezji lirycznej]: ta biedna muza pragnie, żeby jej oczy i uszy zostawić w tym miejscu, gdzie je posiadają inne muzy.
165.
O z a s a d z i e w y k o n a n i a w m u z y c e. – Czy rzeczywiście przypuszczają teraźniejsi artystyczni wykonawcy muzyczni, iż najwyższym przykazaniem ich sztuki jest nadawanie każdemu utworowi jak największej w y p u k ł o ś c i i staranie się, żeby za wszelką cenę przemawiały językiem d r a m a t y c z n y m? Nie jestże to, w zastosowaniu do Mozarta na przykład grzechem właściwie przeciw duchowi, pogodnemu, słonecznemu, delikatnemu, lekkomyślnemu duchowi Mozarta, którego powaga była powagą dobrotliwą, nie zaś powagą straszliwą, której obrazy nie chcą wyskakiwać ze ściany, żeby widzów przerażać i zmuszać do ucieczki. Lub czy myślicie, że muzyka Mozarta jest tym samym, co „muzyka gościa kamiennego”? I nie tylko muzyka Mozarta, lecz każda? – Lecz wy odpieracie, że za waszą zasadą przemawia to, iż wywieracie największe w r a ż e n i e – i mielibyście słuszność, o ile by nie było pytania przeciwnego, na kogo wtedy wywiera się działanie, i n a k o g o wyłącznie w ogóle szlachetny artysta p o w i n i e n chcieć działać! Nigdy na lud! Nigdy na niedojrzałych! Nigdy na wrażliwych! Nigdy na ludzi chorobliwych! Przede wszystkim nigdy jednak na stępiałych!
166.
M u z y k a d z i s i e j s z a. – Ta najnowocześniejsza muzyka, o silnych płucach i nerwach, przeraża się zawsze naprzód sama przed sobą.
167.
G d z i e m u z y k a c z u j e s i ę u s i e b i e. – Muzyka osiąga wielką siłę tylko pomiędzy ludźmi, którzy nie mogą, lub nie powinni, dyskutować. Dlatego pierwszymi protektorami są książęta, pragnący, żeby w ich sąsiedztwie niewiele krytykowano, a nawet niewiele myślano; następnie, społeczeństwa, które pod jakimkolwiek uciskiem (książęcym lub religijnym) muszą przyzwyczajać się do milczenia, lecz szukają tym silniejszych środków przeciw nudzie uczucia (zwykle wielkiej miłości i wiecznej muzyki); po trzecie, całe narody, w których nie ma zupełnie społeczeństwa, ale tym więcej jednostek z pociągiem do samotności, do na wpół ciemnych myśli i do czci dla rzeczy, niedających się wypowiedzieć: to są dusze właściwie muzyczne. – Grecy jako naród chętny do mowy i sporów, znosili muzykę tylko jako p r z y p r a w ę do sztuk, o które rzeczywiście spierać się i mówić można: podczas kiedy o muzyce zaledwie myśleć można ś c i ś l e. Pitagorejczycy, owi pod wieloma względami Grecy wyjątkowi, byli też, jak podają, wielkimi muzykami; ci sami, którzy wynaleźli pięcioletnie milczenie, lecz n i e dialektykę.
168.
S e n t y m e n t a l i z m w m u z y c e. – Można mieć jak największą skłonność do muzyki poważnej i wielkiej, tym bardziej jednak w pewnych chwilach czuje się człowiek pokonany, oczarowany i niemal unicestwiony przez przeciwieństwo tej muzyki. Mam na myśli owe najprostsze melizmaty [ozdobna figuracja śpiewana na jednej zgłosce tekstu, charakterystyczna dla śpiewu muzułmanów i chorału gregoriańskiego] oper włoskich, które pomimo jednostajności rytmicznej i dzieciństwa harmonijnego zdają się nam śpiewać jak sama dusza muzyki. Przyznacie to, czy nie, wy faryzeusze dobrego smaku: t a k jest jednak i teraz zależy mi tylko na tym, żeby tę zagadkę, iż tak jest, dać do odgadnięcia, i samemu nad jej odgadnięciem nieco popracować. – Kiedyśmy byli jeszcze dziećmi, próbowaliśmy po raz pierwszy wiosny, pierwszych kwiatów, pierwszych motyli, pierwszych przyjaźni. Wówczas – mogło to być koło dziewiątego roku życia – usłyszeliśmy pierwszą muzykę: i była to pierwsza muzyka, którą z r o z u m i e l i ś m y, najprostsza więc i bardziej dziecinna, zawierająca niewiele więcej niż ciąg dalszy pieśni niańki lub grajka ulicznego. (Trzeba bowiem i do nieznacznych "objawień” sztuki być uprzednio p r z y g o t o w a n y m i p r z y u c z o n y m: nie ma bowiem „bezpośredniego” działania sztuki, choć filozofowie tak pięknie o tym bajali.) Do tych pierwszych zachwytów muzycznych – najsilniejszych w życiu – przywiązuje się uczucie, z jakim słuchamy owych melizmatów włoskich: błogość dziecka i utrata dzieciństwa, uczucie niepowetowania, jako najsłodszego posiadania – to porusza strunami naszej duszy tak usilnie, jak nie zdoła tego uczynić choćby najbogatsza i najpoważniejsza obecność sztuki. – Ta mieszanina radości estetycznej ze smętkiem moralnym, którą obecnie ogólnie przyjęto nazywać „sentymentalnością”, nieco za grzecznie, jak mnie się wydaje, jest nastrojem Fausta w końcu pierwszej sceny; ta „sentymentalność” słuchaczy wychodzi na korzyść muzyce włoskiej, którą zresztą doświadczeni smakosze sztuki, czyści „esteci” lubią ignorować. – Zresztą niemal każda muzyka wtedy dopiero zaczyna działać c z a r u j ą c o, kiedy słyszymy w niej głos swej własnej p r z e s z ł o ś c i, i dlatego też laikowi wszelka muzyka d a w n a zdaje się stawać coraz lepszą, a dopiero co zrodzona małej wartości: albowiem nie wzbudza ona jeszcze „sentymentalności”, która, jak się rzekło, jest zasadniczym pierwiastkiem szczęścia w muzyce dla każdego, kto jest niezdolny rozkoszować się tą sztuką tylko jako artysta.
169.
J a k o p r z y j a c i e l e m u z y k i. – Ostatecznie jesteśmy i pozostaniemy przyjaciółmi muzyki, jak pozostaniemy przyjaciółmi światła księżycowego. Wszak żadne z nich nie chce słońca wyprzeć – oboje pragną tylko, o ile mogą, rozświecać nasze noce. Lecz nieprawdaż? Żartować i śmiać się z nich mimo to nam wolno? Trochę przynajmniej? I niekiedy? Z człowieka na księżycu! Z kobiety w muzyce!
F. Nietzsche Wędrowiec i jego cień, Kraków 2003, s. 192-195.