Lubię porównywać teksty różnych autorów poruszające ten sam temat. Odsłania się w nich odmienność wizji i spojrzenia poszczególnych twórców. Motyw podróży do Ameryki i próba opisu Nowego Świata ma długą tradycję w literaturach europejskich, a także w polskiej (Sienkiewicz, Miłosz, i in.). Czegóż to nie znajdujemy u Wojciecha Karpińskiego? Zapis „włóczęgi” po Big Apple i dwa możliwe jej warianty, szczegóły topografii, obserwacje obyczajowe ale i refleksje o sztuce, rozważania o kulturze masowej… Mimo wysiłku, wędrówka ta kończy się podwójną klęską – niemożności zrozumienia miasta towarzyszy niemożność jego opisania.
Kiedy przyjeżdżałem z Princetown, nagle wyrastała oddzielona tylko Hudsonem najwspanialsza sylweta Manhattanu. W nocnej iluminacji wzrok czasem wyjawiał zielono podświetloną wieżycę Empire State Building, czasem zwieńczenie Chryslera, przypominające rzeźbę art déco, czasem smukłe kolumny World Trade Center. Kiedy przyjeżdżałem z Yale, mijałem dno miasta – puste oczodoły Bronxu. Trudno wyobrazić sobie całe kwartały domów zupełnie zdewastowanych. Tędy przeszła wojna – wojna społeczna. Wybite szyby, zasmarowane kulfonami ściany. W tych dzielnicach nikt nie chce mieszkać. Przejeżdżaliśmy z zakręconymi szybami i zabezpieczonymi zamkami drzwi. Druga część Bronxu, Riverdale, to inna skrajność Nowego Jorku. Tonące w zieleni brzegi Hudsonu, idealna cisza, jeden olbrzymi park, a w nim rezydencje tak obszerne, że dzisiaj niemożliwe do utrzymania nawet dla najbogatszych.
Nowy Jork gra kontrastami. Gotowe formuły okazują się niewystarczające. Od hałasu Piątej Avenue można się chronić do pałacyku na rogu Siedemdziesiątej ulicy. Frick Collection obejmuje zaledwie kilka sal, ale wiszą tam same arcydzieła. Kto nie chce oglądać obrazów, może posiedzieć w pełnym storczyków ogrodzie zimowym. Jeszcze mocniejszy przeskok: latem wsiąść w zatłoczone metro na Times Square, gdzie pot oblepia, hałas otępia, a nachalna brzydota dusi. Po dwudziestu minutach znaleźć się w Cloisters. Zieleń, cisza. Park i muzeum ofiarowane miastu przez Rockefellera. Nad Hudsonem wznosi się średniowieczny klasztor. Romańskie i gotyckie fragmenty przywiezione głównie z południowej Francji i Hiszpanii. Co najdziwniejsze, tworzą wspaniałą całość, doskonałe muzeum sztuki średniowiecznej. W prowansalskim wirydarzu nowojorski upał staje się na moment znośniejszy.
Ostre zmiany nadają rytm miastu. Piąta Avenue toczy się od Washington Square, pełnego studentów, artystów, dziwaków, narkomanów, tętni później hurtowym handlem, rytm staje się dostojniejszy, wielkie domy towarowe, luksusowe sklepy, biura linii lotniczych, rytm jeszcze bardziej wyszukany, naprzeciw Central Parku najbardziej eleganckie hotele, pałace i wieżowce z najwspanialszymi apartamentami, na dachach wiszące ogrody, koło muzeum Guggenheima jakby załamanie, rytm się przyspiesza, budynki mniej okazałe, coraz bardziej zaniedbane, aż wreszcie aleja wpada w dzielnicę murzyńską, ginie w Harlemie. Można zrobić krótszą jeszcze podróż w poprzek miasta Czterdziesta Drugą ulicą. Od odbijającego się w wodzie drapacza Narodów Zjednoczonych, ultranowoczesną siedzibę Fundacji Forda, dworzec ze skomplikowanym splotem rzeźb na frontonie, a nad nim wyrastający aerodynamiczny budynek Pan Am stojący na osi Park Avenue. Skarby rękopisów w Bibliotece Publicznej przy skrzyżowaniu z Piątą Avenue. I zaraz Times Square, zalew filmów pornograficznych, smętnie wymyślnych, sklepy z tanimi gadgetami, kalkulatory i zegarki z Honkongu czy Korei. Wreszcie zapuszczone domy mieszkalne i doki nad Hudsonem. Tuż obok centrum music halli. I Czterdziesta Siódma ulica, siedziba handlu diamentami. Na przestrzeni stu metrów co najmniej kilkadziesiąt sklepów jubilerskich. Między nimi wciśnięta najlepsza księgarnia Nowego Jorku, Gotham Book Shop. Na ścianach zdjęcia wybitnych pisarzy z dedykacjami. Wielkie działy poezji i krytyki literackiej. Można tu dostać dzieła, które zostały wyparte z innych księgarni przez inwazję prymitywnych bestsellerów, kilkudziesięciu wszędzie tych samych tytułów. Tutaj książki trwają.
Oglądanie Nowego Jorku zacząłem od Piątej Avenue. Byłem rozczarowany. To ma być stolica świata? Zachwycać się wysokością budynków? Nie chodzę z głową zadartą do góry. A zresztą rekordy techniki mało mnie interesują. Bogactwo sklepów? Wystawy Paryża czy Londynu na pewno nie są mniej szykowne. Ruch samochodów? Widziałem ulice szersze i bardziej zatłoczone. Wspaniałe perspektywy, kompozycje urbanistyczne? Nie tu ich szukać, chyba że zupełnie przypadkiem otworzy się w nocy widok na kontrapunktowy rytm wieżowców bądź o zmierzchu słońce zapali nurt Hudsonu rudą czerwienią. Po kilku godzinach czar miasta zaczyna jednak działać, po kilku dniach dostrzega się bogactwo kształtów, po kilku tygodniach, po zobaczeniu wielu Nowych Jorków, fascynuje jedyne w swoim rodzaju spiętrzenie energii ludzkiej, stworzenie na niewielkiej przestrzeni otwartych, lecz skutecznych ram dla tak różnorodnych jednostkowych poczynań.
Guy Carleton Wiggins "Brooklyn Bridge in winter" (1920), University of Cinncinati Galleries.
Obejrzałem giełdę. Bez większego zrozumienia śledziłem migoczące kolumny cyfr. Przespacerowałem się Wall Street, gdzie dokonałem poważnych transakcji. Odchyliłem głowę u stóp Chase Manhattan Bank i piąłem się ku niebu po wirujących piętrach. To nie tam zrozumiałem handlową potęgę miasta. Jego puls bije wszędzie. Rodzi się ze złożenia tak różnorodnych światów. Trzeba przejść się, kto ma silę, po handlowych ulicach Lower East Side. Tak wyobrażam sobie unowocześnioną wersję przedwojennych Nalewek w Warszawie, setki sklepów i kramów. W szabas ruchliwe ulice zamierają. Zaraz obok budki telefoniczne w kształcie pagód. Nie jest to egzotyka dla turystów. W Chinatown nie tylko je się chińskie potrawy, ale czyta chińskie gazety, ogląda chińskie filmy. W pobliżu można zjeść prosciuto con melone, scallopini alla milanese i napić się – wreszcie – dobrego espresso. W Little Italy, jak w tej prawdziwej, ludzie siedzą przed domami (w Nowym Jorku!) i gawędząc z sąsiadami przyglądają się przechodniom. Bary Greenwich Village przypominają bary Amsterdamu na amerykańską skalę. Niedaleko stamtąd można dostać kilkanaście gatunków polskich kiełbas o nazwach znanych z opowiadań rodzinnych i literatury pięknej. Kiedy nad ranem, kończąc włóczęgę po Manhattanie, wracałem do mieszkania na Queensie, oddalonego zaledwie dwadzieścia minut metrem od centrum, wydawało mi się, że przenoszę się w cichy, prowincjonalny świat. Z ogródków bił silny zapach kwiatów i krzewów. W błękitnym powietrzu świtu wszystko rysowało się lekko i ostro. Domy, gdzie w dzień słyszało się więcej hiszpańskiego niż angielskiego, spały. Jak Nowy Jork zmienia się nie tylko zależnie od dzielnicy, ale i od pory dnia! Przez mgłę poranku widziałem, zmęczony włóczęgą, życie spokojne, złożone. Godziłem się na wielowarstwowość, na wyrywkowość doznań. Świat dookolny był większy ode mnie, ale nie miażdżący. Nie wyczerpywałem sensu tego, co widziałem, a ono nie zamierało pod spojrzeniem.
Przeciwnie, wszystko wydawało mi się interesujące, skupiało uwagę. Obiecywałem sobie (który to już raz?), że postaram się kiedyś zrozumieć, dlaczego pewne miejsca każą wierzyć w istnienie indywidualności, budzą ciekawość, otwierają myśl i wyobraźnię. Inne prowokują do zamknięcia. Nagle poczucie jałowości wysiłków. Braku powietrza. Sztywności języka. Nikomu nie chcę nic powiedzieć. Wydają mi się – ludzie, domy, widoki, zaprogramowanymi, tandetnymi zabawkami. Znam ich mechanizm. Znam ambicje i pole wyborów (albo wydaje mi się, że znam). Odwracam wzrok. Nie, nie jestem ciekaw.
W Nowym Jorku ciekawość wzrastała w miarę pobytu. To nie jest miasto na pokaz, do zwiedzania. Trzeba dać się unieść jego rytmowi. Mieszkałem przez pewien czas na górze Manhattanu, gdzie elegancka East Side przechodzi w Yorkville, dzielnicę pełną bawarskich, węgierskich, czeskich, restauracji. Jeździłem stamtąd w inne okolice. Czasami wydawało mi się, że za chwile zobaczę Rue des Rosiers i nagle wpadnę w Spacca Napoli, aby znów znaleźć się w Chelsea i na uliczkach Wiednia. Otwierała się przede mną – przemieniona – rodzinna Europa. Co chwilę jednak, co krok uświadamiałem sobie, że to nie jest kopia, to jest naprawdę Nowy Świat, w tym tyglu formują się nowe perspektywy. Zaczerpnięte z europejskich doświadczeń języki mogą przyczynić się do prześledzenia genezy nowych form, nie wystarczają jednak do ich pełnego odczytania. Trzeba przyznać się fragmentaryczności rozumienia, przyglądać się bacznie i szukać miar.
Edward Hopper "Nighthawks" (1942), Art Institute of Chicago.Kiedy stanąłem na placu przed dwiema strzelistymi kolumnami światowego Centrum Handlu, nie czułem się w krajobrazie księżycowym. Nie, to budowle na miarę potęgi dzisiejszego świata. Bardziej nawet od innych kolosów harmonijne. W architektoniczną konstrukcję wpleciono powietrze i wodę. Dzieło oddycha. Aluminiowe wieżowce stanowią ramy dla postrzępionej abstrakcji chmur, dla szumu fontanny. Włochy przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia? Czy tak niegdyś działały pałace Pittich, Medicich? To zapewne przesada. Niemniej udało się tu dokonanie we współczesnej architekturze wielkomiejskiej rzadkie: geometria uzyskuje indywidualne oblicze. Nie czułem, mimo niezwykłych rozmiarów, przygniatającej monotonii hipertrofii. Światowe Centrum Handlu żyje. Tylko podziemia, niby wesołe, niby przytulne, ze „stylizowanymi” restauracjami, wydały mi się dekoracją do koszmarnego snu o nowoczesności. Wszędzie to samo, na każdym lotnisku, dworcu, w każdym większym domu towarowym. Te same niby dowcipne upominki, te same potrawy z luksusowej papki, te same bezwartościowe książki na pólkach. Reklama telewizyjna stała się ciałem, doskonale sterylna, pozbawiona wszelkich zarazków oryginalności i myśli.
Kultura masowa święci w Ameryce triumfy. W tym natężeniu widać jej niebezpieczeństwa. Znów jednak trzeba pamiętać, że w pewnym zakresie jest ona użyteczna oraz że nie jest to jedyny dostępny model kultury. W Nowym Jorku nietrudno się przekonać, że wyjałowiona przeciętność nie jest wzorcem narzucanym. W żadnej dziedzinie. Na Górnym Broadwayu co krok niewiarygodne typy. Staruszka zatracona w głośnej i gwałtownej kłótni ze sobą. Portorykańczyk o intensywnie nieobecnym spojrzeniu, jeszcze przyzywający narkotyczną podroż. Na rogu ktoś bełkotliwie wykrzykuje anarchistyczne deklaracje. Nie gap się tak – ciągle mnie upominano – ci ludzie nie lubią, kiedy obserwuje się ich odmienność, mogą być wówczas groźni.
Nikt nie reaguje na dziwną faunę spływającą do Greenwich Village. Nie reaguje dzisiaj, nie reaguje w Nowym Jorku. Kiedy indziej, gdzie indziej, bywało, bywa odmiennie. O tych przemianach trzeba pamiętać, choć są one jaskrawym przejawem wyrazem czegoś, co w odmiennych formułach i dawniej dochodziło w Stanach do głosu: uznania dla indywidualizmu, byle działał wewnątrz powszechnie akceptowanego modelu kultury. Ten model uległ rozszerzeniu, co łączy się z licznymi konfliktami, niemniej istnieje i nadal wyznacza kierunek społecznego działania (…).
Dlatego, jak sądzę, nie ma jednolitej lekcji amerykańskiej kultury, jednorodnej mapy amerykańskiej kultury, jednorodnej mapy Ameryki. Uwaga oglądającego kieruje się ku kilku motywom, wybranym subiektywnie, lecz wpisanym a amerykański horyzont, rozwijającym tu swój sens. Nie Naphta ani Settembrini prowadzili mnie po Ameryce, nie podpisywałem też z nikim kontraktu, nikt nie obiecywał mi upojenia chwilą. Przeciwnie, w bibliotekach Yale czy Harvardu, w Metropolitan Opera, w muzeach Bostonu i Williamstown, a także w barach Greenwich Village czy San Francisco walczyłem z faustycznymi pokusami. Budowałem trwanie w czasie, genealogię i perspektywy. Wyprawa do Nowego Świata to nie tylko podroż w przestrzeni, ale też podróże w czasie, lekcja geografii i zarazem lekcja języka. Nie wyszedłem z tych nauk zwycięsko. Wyjeżdżając miałem przekonanie, że to, co potrafię opowiedzieć, jeżeli potrafię, to tylko pierwsza wersja, tylko szkic mapy Ameryki. Zamknąć wrażeń z Central Parku nie umiem. Nie zamknęły się przecież. Jeszcze Ameryka nie została oswojona, jeszcze powroty dają radość, trwa pamięć, a wyobraźnia wybiega naprzód. Jeszcze nie koniec podroży.
W. Karpiński, W Central Parku, Wrocław 1998, s. 38-47.